— Więc niech pan siada.
Usiadł na taborecie, na którym siedział niedawno Borzycki i patrzył, jak w niedbałej a przepysznej pozie wyciągnęła się na miękkich poduszkach sofy. Była w żałobie, bardzo blada, oczy jej wydawały się jeszcze większe niż zazwyczaj.
Turski zaczął się w milczeniu zastanawiać, po co tu przyszedł właściwie i od czego ma zacząć rozmowę?
Nareszcie spojrzał na nią i zapytał najniespodziewaniej dla samego siebie:
— Dlaczego pani farbuje włosy?
Patrzyła mu w oczy bez śladu zdziwienia.
— Ira panu mówiła?
Zmieszał się.
— Ostatecznie to obojętne...
— Biedna Ira — szeptała niby do siebie, rozwiązując jakby mimo woli ogromny węzeł włosów, splątany na karku. Lśniąca, czarna powódź zalała jej ramiona i spłynęła kaskadą po matowej, czarnej materii jej żałobnej sukni.