Uśmiechała się ciągle.

— Niechże mu pan zaniesie pasmo moich włosów. Może wykryje, jakiej ja to farby do ich czernienia używam.

Rozglądała się po pokoju, jakby szukając jakiego ostrego narzędzia.

— Ma pan może w scyzoryku nożyczki?

— Dziękuję pani. Nie potrzeba.

Patrzyła na niego z filuternym uśmiechem, jakby zdziwiona jakimś przypomnieniem.

— Ach, prawda! Przecież pan z dawien już włosy moje posiada. Jeśli więc tamten splot jeszcze nie wypłowiał...

— Nie mam go już.

— O! Cóż się stało?

— Spaliłem go. Wraz z listami pani.