— Szkoda... dla pana. Wiem, że te listy pan niegdyś bardzo lubił.

Pochylił czoło mimo woli.

— Kochałem je — szepnął i uczuł, jak nagle krew rozlewała mu się palącym rumieńcem po twarzy.

Coś, jak gdyby cichy jej szept:

— A widzisz, Romek, a widzisz...

Spojrzał na nią.

Oczy miała szeroko rozwarte, w nieokreślony punkt gdzieś wpatrzone, jakby pełne łez.

— Spaliłem je po powrocie — mówił — w mieszkaniu Poleskiego, w ten dzień...

— Kiedy się zabił.

— Tak. I wie pani, co znalazłem w szkatułce z listów opróżnionej, gdy mi ją dzisiaj zwrócono?