— Nie, panie Romanie.

— Dlaczego? Dlaczego?

— Bo mi to jest... drogie.

Żachnął się niecierpliwie.

— Niech pani takich rzeczy nie mówi! Ja przecież wiem...

— Co pan wie?

Zamilkł. Chciał powiedzieć, że to, co było, prawdopodobnie nie obchodziło jej nigdy tak głęboko jak jego, a teraz już na pewno nie ma dla niej żadnego znaczenia, nawet jako wspomnienie, chyba że myśli o tym jako o jednym z tych swoich triumfów, ostatecznie łatwych, w których się potwierdza moc jej kobiecości wobec głupiego, męskiego zwierzęcia i ślepej męskiej duszy... Przestraszył się jednak tych słów, na jakiś wyrzut czy skargę zakrawających; wstyd mu się ich zrobiło. Zwiesił głowę w milczeniu.

Ona tymczasem podeszła ku niemu.

— Czy pan wie, tam w sypialni mojej, w jednej z szuflad sekretarzyka, nieotwieranej przez nikogo, są wszystkie listy pańskie i ja ich panu nie oddam! To jest moje! Tam pan był sobą, tam pan do dziś dnia jest taki, jakim ja pana... kochałam! I ta najlepsza cząstka duszy pańskiej do mnie należy.

Turskiego zadrasnął jakiś fałszywy ton w jej głosie. Powstał i ziewnął zgoła niegrzecznie.