— Ach, księżno! Obawiam się, że jesteśmy śmieszni oboje. Moja wina, bo ja wszcząłem tę zabawną rozmowę, w której oboje nastrajamy się na ton nieszczery. Nie śmiem sobie pochlebiać, aby listy moje miały dla pani jakiekolwiek znaczenie, ale mnie na nich jeszcze mniej zależy i jeśli przez kaprys chce je pani zatrzymać, nie mam nic przeciw temu.
Spojrzała wyniośle i chłodno.
— Widzę, że panu na nich naprawdę zależy, kiedy aż takim sposobem zmusza mnie pan do ich wydania. Chcę wierzyć, że pan moje zniszczył naprawdę. Proszę, niech pan idzie ze mną.
Upięła pospiesznie włosy, dotychczas po ramionach rozpuszczone.
Przeszli przez salon, gabinet i buduar, aż do sypialni. Turski postępował za nią w milczeniu, z niesmakiem w duszy, ale jednocześnie rad, że odebrawszy swe listy, zerwie tym niejako ostatnią, z dawien pozostałą nić, jaka ich łączyła. W progu sypialni Helena przystanęła i zwróciła się ku niemu.
— Jaka szkoda — rzekła z ironicznym nieco triumfem, jakby myśli jego czytając — że pan nie może odebrać jednak wszystkiego, co mi pan dał...
Spojrzał na nią trochę zdziwiony.
— Jak to? Cóż jeszcze zostanie?
— Syn.
Rzekła to krótko i poważnie, po czym zbliżyła się ku stojącemu naprzeciw łóżka sekretarzykowi, starą, włoską intarsją pokrytemu. Otworzyła klapę zasłaniającą różne sztuczne schowki i szufladki. Przez chwilę zdawała się namyślać, wreszcie z trochę błędnym i smutnym półuśmiechem zwróciła się ku Turskiemu.