— A wie pan, że mało brakowało, a byłby mi pan i syna odebrał?

— Nie rozumiem.

Zamiast odpowiedzi sięgnęła do jednej z szufladek i podała mu duży, we czworo złożony papier.

Turski rzucił nań okiem.

— Testament księcia!

— Tak jest. Proszę, czytaj pan.

— Ależ... cóż mnie to obchodzi?

Uśmiechnęła się znowu łzawo.

— Może jednak cokolwiek. O, ten ustęp tutaj, jak pan widzi, ręką konającego przekreślony.

Turski przebiegł pismo oczyma i pobladł. Podniósł na księżną wzrok pełen zdumienia i strachu. Skinęła głową powoli.