Filuterny, pewny siebie uśmiech przebiegł po jej wargach.
— Czyżby pan sądził, że nie mam w tym kierunku zdolności?
A potem dodała poważnie i nieco dwuznacznie:
— Przygotowuję się od dawna.
Nie słuchał już jej słów. Szeroko rozwartymi oczyma wpatrzył się w nią z uwagą i zastanowieniem. Jak gdyby przedziwne, wymarzone a niespodziewane rozwiązanie problemu: przecież ona jest właśnie tą kobietą, której on do teatru swego potrzebuje! Tak! Tak! To niepojęte, że dotąd sobie tego nie uświadamiał...
Zgubił się w nim mężczyzna, zapomniał o swoim osobistym do tej kobiety stosunku, pamięć jego natomiast pracowała z nadzwyczajną jasnością, przywodząc mu przed oczy wszystkie momenty z jej życia, które popierały to objawienie, że ona ma być tą wybraną i stworzoną dla niego artystką. Chłodnymi i bystrymi oczyma badał jej postać, twarz, ruchy, jak gdyby po raz pierwszy ją widział.
Zaczęli naraz mówić ze sobą pospiesznie, stanowczo, poważnie, jak dwoje ludzi, których tylko interes sztuki wiąże ze sobą...
Gdy za jakiś czas Turski wyszedł od księżnej, przypomniał sobie na schodach, że od chwili pokazania testamentu nie było już mowy o listach i że ich nie odebrał. Zawahał się na moment, jakby chciał wrócić, ale potem machnął ręką.
— Wszystko jedno!
Czym innym miał w tej chwili głowę zajętą.