Na ulicy zobaczył niespodziewanie panią Irenę, idącą snadź do księżnej. Na widok jej ogarnęła go pasja. Pierwszym odruchem chciał skręcić w bok, aby uniknąć spotkania, ale było już za późno. Pani Irena dostrzegła go również i podeszła ku niemu z przyjaznym uśmiechem na twarzy.

— Jak się pan miewa, panie Romanie! Tak pana dawno nie widziałam.

Serdeczny ton przywitania rozzłościł go jeszcze więcej. Ogarnęła go głupia i zarozumiała obawa, że ta wymalowana kobieta chce wyciągnąć jakieś konsekwencje z owego wieczornego spotkania w Dolinie Białego pod Giewontem i rości sobie pewne prawa do poufałości.

Przywitał ją chłodno i z wyszukaną grzecznością.

Nie zmieszało jej to bynajmniej ani z tropu nie zbiło. Owszem, patrzyła na niego troszkę wyzywająco z drażniącym uśmiechem na przesadnie czerwonych wargach.

— Gdzież się to pan podziewał? Mógłby kto sądzić, że mnie pan unika!

— Och! Dlaczegóż by?...

— Jak to: dlaczego? Ponieważ pan nie wie, co robić ze wspomnieniem tej niepoczytalnej chwili, kiedy mnie pan całował.

— Zaznaczam, że o tej „niepoczytalnej chwili” teraz nie ja pierwszy wspomniałem.

— A, nie, nie! To ja byłam na tyle nietaktowna.