— Dlaczego?
Spuścił głowę.
— Ma pani słuszność. Zasłużyłem na to, aby pani szydziła.
— A widzi pan. Trzeba się przecież zastanowić nad tym, że gdybym ja nie szydziła, to szydziłby pan. Nieprawdaż? No, niech się pan przyzna!
— Więc tylko dlatego?
Z oczu jej wyjrzało znowu wielkie, nie mogące sobie znaleźć miejsca znużenie.
— Nie, nie. Właściwie nie szydzę wcale. Ach, gdyby pan wiedział...
— Co?
Nie odpowiadała. Szli długi czas w milczeniu, dalej i dalej, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo właściwie, po co idąc razem z sobą. Turski spróbował myśleć znowu o niespodziewanej, artystycznej propozycji, jaką mu księżna zrobiła, ale wnet spostrzegł, że mu się to w tej chwili nie udaje: stawała mu raczej przed oczyma wyłącznie jako kobieta, w czarnej sukni na czerwony dywan otomany rzucona, z falą lśniących włosów na ramionach...
Wyrwał go z zamyślenia głos pani Ireny: