— Ot, tędy. Tam jest duża i jasna kawiarnia. Wyszliśmy prawie poza miasto, w nowe dzielnice na Błoniach.
Dał się prowadzić bez oporu. Szli już całą drogę rozmawiając o rzeczach obojętnych. Mijali ulice coraz ludniejsze i coraz lepiej oświetlone. Nareszcie gdzieś około plant zabłysnęły przed nimi ogromne, żółtym światłem rozognione szyby kawiarni.
— Wejdziemy na chwilę.
— Zdawało mi się, że pani szła do księżnej...
— Głupstwo. Pójdę kiedy indziej.
Usiedli w dużej sali na uboczu, przy jedynym bodaj jeszcze wolnym stoliku. Pani Irena kazała sobie podać herbaty, Turski szklankę wisky z wodą sodową. Pił powoli, małymi łykami, rozglądając się z roztargnieniem dokoła. Jakaś myśl uporczywa zaczęła mu w głowie świdrować...
— Słucham pana — odezwała się niespodziewanie pani Irena.
Zwrócił się ku niej twarzą.
— Ma pani słuszność. Rzeczywiście chciałem coś powiedzieć.
— Nareszcie!