— Która z was kłamie?
Zaśmiała się cicho, radośnie.
— Czyż nie możemy obie mówić prawdy?
A po chwili widząc, że Turski milczy zasępiony, dodała:
— Panie Romanie, pan powinien przecież Helę zrozumieć. Ona jest naprawdę anielska kobieta! Ja nie mówię tego przez ironię... Nawet jeżeli czasem powie... niezupełnie prawdę, to dzieje się to w dobrym celu, aby uniknąć czyjejś przykrości. Niech pan tylko pomyśli, gdyby panu była powiedziała: nie mam pańskich listów, zapomniałam, gdzie są — czyżby to nie było dla pana wielką, wielką przykrością?
Turski słuchał i zastanawiał się nad tym, co do niego mówiono, jakoś dziwnie bezinteresownie, jak gdyby tylko chodziło o pewien problem psychologiczny.
— Wie pani, że gdyby tak była powiedziała, nie byłbym jej właśnie uwierzył.
— Nie byłby pan wierzył?
— Nie. Sądziłbym, że to tylko wymówka, aby mi listów z jakiejś niezrozumiałej przyczyny nie oddać.
— Ależ... w takim razie, o cóż panu idzie właściwie? Przecie również dobrze może pan i teraz nie wierzyć mnie na przykład. Niech pan pomyśli, że cała historia jest moim wymysłem, w pudełku od kapelusza, które mam w przechowaniu, znajdują się stare rękawiczki, a listy swoje otrzyma pan kiedyś z rąk Heli, która ich dotychczas z największą pieczołowitością strzegła. Voila!154