Zaśmiała się nagle.
— O, Boże! I wy chcecie, aby was nie okłamywać!
Mówiła to, naciągając rękawiczki, gotowa już do odejścia. Turski jej nie zatrzymywał. Gdy pozostał w kawiarni sam, opanowało go znużenie, niedające się po prostu przezwyciężyć.
— Ta kobieta mi je zostawiła — myślał. — Rzuciła na mnie jak urok znużenie i wyczerpanie swojego własnego, biednego życia...
Wsparł twarz na dłoniach i trwał tak prawie bez myśli długi przeciąg czasu. Wyrwał go wreszcie z odrętwienia głos profesora Butryma, który wszedłszy do kawiarni spostrzegł go przy ustronnym stoliku. Przywitali się.
— Czy można usiąść koło pana?
— Proszę.
Profesor uśmiechnął się.
— Widzę z tonu zaproszenia, że panu właściwie nie na rękę jest moja obecność. Ale to nic nie szkodzi... Ja także przyszedłem tutaj, aby być samotnym i dlatego może właśnie lepiej, że sobie... będziemy wzajemnie przeszkadzać.
— Ma pan słuszność — poświadczył Turski żywo. — Niech pan siada.