Zrazu nie mówili do siebie. Turski zauważył, że profesor jest czymś wzburzony: na twarzy miał wypieki, oczy błyszczały mu gorączkowo, to znów zdawały się zachodzić jakąś przejrzystą mgłą. Nie pytał jednak o nic, nie chcąc być nawzajem pytanym. Zresztą wkrótce przestał obserwować towarzysza i pogrążył się we własnych myślach.
Po pewnym czasie wyrwało mu się jakby mimo woli:
— Wie pan, dziwię się...
Butrym spojrzał na niego.
— Czemu się pan dziwi, panie Romanie?
— To tak trudno ściśle powiedzieć. My właściwie nic nie wiemy, co to jest kobieta...
— Ach! Ten temat — syknął Butrym.
— Może go nie w porę poruszyłem. Niech się panu tedy zdaje, żem nic nie powiedział. To i tak wszystko jest nad wyraz głupie.
— Ma pan słuszność — rzekł profesor poważnie — nad wyraz głupie. A wie pan, dlaczego?
— Powodów może być wiele.