— Zasadniczy — jeden. My wszyscy, ludzie mądrzy, przeciętni czy głupi, wszyscy my mężczyźni, chcemy w kobiecie mieć towarzyszkę, przyjaciela, powierniczkę, opiekuna, władcę, służącą, dziecko, słowem różne, różne rzeczy, tylko nie to, czym ona jest naprawdę i jedynie. A tymczasem ona, choćby chciała życzeniom naszym odpowiedzieć (co już jest przewrotne, bo w istocie swej nie chce! ), nie potrafi! Może ona być tylko czymś daleko mniej, lub czymś więcej bez porównania.
— To znaczy?
— Naszą nałożnicą lub matką naszych dzieci.155
— Stary dowcip! — mruknął Turski z umyślną przekorą.
— Niemniej jest to prawdą, niestety!
— A może, tylko... czemuż to tak trywialnie nazywać? Można powiedzieć to samo, mówiąc: naszą kochanką lub żoną.
— Tak... jeśli to jest to samo, — rzeki profesor, zapadając w zamyślenie.
Naraz Turski odezwał się znowu, żywo głowę podnosząc:
— A jeśli kobieta jest... artystką?
— Jeśli jest artystką?