— Tak. Wtedy co? Gdzie dla niej wówczas miejsce w tym weiningierowskim 156podziale?
— Ha, w takim razie jest poza naszymi kategoriami. Wówczas jest nie dla nas, tylko dla siebie.
— Dla siebie — powtórzył Turski poważnie. — Może pan ma słuszność...
I Butrym, jakiejś własnej myśli odpowiadając, rzekł jeszcze raz w zamyśleniu:
— Dla siebie...
XIV
Płażyński nigdy nie był właściwie zbyt wybitnym aktorem, ale — jak to mówią — miał szczęście. Z okrągłą, pucołowatą i różową gębą, niezbyt wysoki i mięciutki, wyglądał nieuleczalnie na osiemnaście czy dziewiętnaście lat, chociaż dochodził pono trzydziestki. Aktorki i nieaktorki psuły „to chłopiątko”, które na ich cześć ubierało się bardzo starannie i z wyszukaną wedle własnego rozumienia wytwornością, która za kulisami uchodziła za niemającą sobie równej. Na scenie lubiano go, bo był wesoły i w lot zgadywał, co może zabawić p. t.157 publiczność! Za wzięciem u publiczności poszło nieuchronnie wzięcie u dyrekcji teatrów, które go sobie wyrywały, płacąc mu gaże, do rzeczywistych zasług jego nieproporcjonalnie wysokie.
Mimo to Turski nie miał ochoty przyjmowania go do składu swego pesonalu i zdziwił się niepomiernie, gdy księżna Helena wprost tego odeń żądała, stawiając to nawet poniekąd za warunek swego na scenę wstąpienia.
Turski nie znosił nacisku i miał moment, że gotów był nawet zerwać z tego powodu nawiązane z księżną układy, choć w istocie bardzo mu na jej pozyskaniu zależało.
— Ja pana Płażyńskiego w teatrze swym nie potrzebuję — odparł szorstko na nalegania.