To powiedziawszy, zadzwoniła na służącego i kazała prosić pana Płażyńskiego.

— To on jest tutaj? — zdziwił się Turski.

— Tak. W gabinecie.

(Rozmowa toczyła się w małym salonie).

— Ależ...

— Dziwi to pana? Wszak pan wie, że od dłuższego czasu biorę u niego lekcje. Jest nieoceniony jako nauczyciel.

— Na miłość boską! Co pani robi? Przecież on panią tylko zepsuć może!

— Niech się pan nie obawia! Ja uczę się od niego właśnie, jaką na scenie być nie wolno! — zaśmiała się.

Płażyński wchodził już do salonu. Zobaczywszy Turskiego, skłonił mu się z grzeczną rezerwą i otarł swobodnie kącik ust palcem, na którym błyszczał pierścień z dużym choć pono niezupełnie prawdziwym brylantem.

— Panie Karolu — rzekła księżna — pan Turski właśnie chciał z panem mówić. Pragnie pozyskać pana do swojej trupy.