Płażyński skłonił się jeszcze raz, bardzo pospiesznie i uniżenie i poczerwieniał z uciechy, mimo że usiłował zachować wyraz zimnej choć łaskawej obojętności...
— Szkoda tylko, że dyrektor tak późno się do mnie zwraca — zaczął, siadając na wskazanym mu przez księżną krześle.
— Czyżby pan był już gdzie indziej związany? — rzekł Turski z radosną nadzieją w głosie. — Nie chciałbym w takim razie...
— O nie, nie! — zaprzeczył Płażyński skwapliwie — to znaczy... miałem propozycje na najbliższy sezon, nawet z kilku stron, ale nie odpowiedziałem dotychczas... Nie spieszę się w ogóle...
— Jeśli jednak tamte propozycje są lepsze od mojej...
Płażyński zapewnił go łaskawie, że choćby nawet były lepsze pod względem materialnym, on jemu daje pierwszeństwo, nie wątpiąc zresztą, że praca jego i talent, „którym się nie chwali”, będą odpowiednio wynagrodzone.
Turski był wściekły, że się dał złapać w taki głupi sposób i ostatecznie przez własną winę, gdyż cała rzecz była konsekwencją niegrzeczności, której nawet nie wypowiedział wobec księżnej. Przysiągł sobie w duchu, że na przyszłość będzie się wystrzegał nawet pomyślanych impertynencji odnośnie do kobiety, umiejącej za każdym razem broń sobie z nich ukuć przeciw temu, kto sam nimi z nią chciał walczyć. Ale na to nie było już rady: zaangażowanie Płażyńskiego było bądź co bądź faktem dokonanym.
Zły i zdenerwowany wyszedł od księżnej, zapewniwszy ją jeszcze raz na odchodnym, że o jej planach scenicznych, stosownie do jej usilnego życzenia i nadal zachowa najzupełniejszą dyskrecję. Czuł sieć pajęczą, zadzierzgającą się coraz ciaśniej koło siebie, oplątującą go przedziwnymi nitkami, na pozór słabymi i nic nieznaczącymi, których jednak zerwać nie był w stanie.
W wysokiej sklepionej sieni domu dobiegł go głos Iwonka, bawiącego się w niewielkim ogrodzie poza domem. Zatrzymał się na chwilę, a potem, jakby mimowolnie, zamiast wyjść na ulicę, zwrócił się ku przeciwnej stronie i stanął we drzwiach, do ogrodu wiodących.
Była wczesna wiosna. Liście na drzewach rozwijały się dopiero, znacząc się jasno zielonymi, przejrzystymi chmurkami na ciemnym błękicie nieba. Na rabatach pod murami domu kwitnęły całą masą różnobarwne hiacynty. W głębi ogrodnik przekopywał czarną, tłustą ziemię, kilka ptasząt ćwierkało zawzięcie w gorącym słońcu, skacząc po młodych, kwietnymi pączkami nabrzmiałych gałęziach wisien.