W pośrodku, na obszerniejszym nieco od innych trawniku, stał Iwo z biczem w ręku.

Opodal na ławce siedząca ochmistrzyni zdawała się drzemać. Chłopak nie zważał na nią. Szerokim ruchem ręki strzelał z długiego bicza i opowiadał sobie przy tym głośno jakąś nadzwyczajną historię, pełną rozhukanych koni, wojsk idących do ataku i czynów bohaterskich.

Turski przez jakiś czas słuchał w milczeniu. Przypomniała mu się własna jego młodość, nieuskromiona i swobodna, wakacje przecudne, spędzane w domu rodzicielskim, na wsi, w ogromnym, starych drzew pełnym parku, dziś już od dawna nieistniejącym. Ojciec jego, niegdyś ciężkimi warunkami zmuszony, majątek rozparcelował, wycięto drzewa w ogrodzie, wyrąbano lasy, pokrajano na kawałki szerokie, kwieciste łąki i pola, gdzie nieraz po żniwach przez ścierniste zagony hasał na nieokulbaczonym koniu... Myślał o tym, patrząc na Iwona, i zdjął go żal, że to książątko bogate i pieszczone, dzięki fantazji swej matki zmuszone jest chować się w mieście lub po zapchanych ludźmi letniskach i wśród dóbr swoich rozległych nie ma jednak żadnego kąta, z którym by mogło w przyszłości związać miłośnie swoje jasne dziecięce wspomnienia, jak on, Turski, z ową, dawno już między ludzi podzieloną wioską.

Chłopak spostrzegł go tymczasem i przerwawszy samotną zabawę, podbiegł szybko ku niemu.

— Nie wiedziałem, że pan tu jest — rzekł, podając mu drobną rękę na powitanie.

Śmiały mu się usta, bo Turskiego, wbrew pierwotnej niechęci, z czasem bardzo polubił, ale oczy miał jeszcze jakby senne i rozmarzone, pełne dotąd wywołanych dziecięcą fantazją obrazów...

— Byłeś, widzę, na wojnie — zażartował Turski.

Chłopiec się zmarszczył.

— Ach, proszę pana, taka wojna! — Ja sam się biję, a nikt mi nie stawia oporu...

— Zbierz sobie towarzyszów.