— Nie pozwalają mi bawić się z nimi. A zresztą ja bym chciał wojny prawdziwej. Kiedy pan wraca do Azji?

Turski zdumiał się tym niespodziewanym pytaniem.

— Ja? Do Azji? Wiesz, chłopcze, że nie myślałem o tym, że mógłbym naprawdę wrócić do Azji...

Mówił to poważnie, do siebie samego raczej.

— Naturalnie, że powinien pan wrócić — ciągnął Iwo. — Co pan ma tu do roboty? Podobno teatr pan buduje? To jest, przepraszam pana, ale to jest takie same głupstwo, jak ta moja zabawa: wszystko się dzieje nie na­prawdę.

— Ty byś chciał, abym odjechał?

— Tak. Chcę. I ja z panem pojadę. Umiem jeździć konno, strzelam bardzo dobrze, tak jak Staś W puszczy i na pustyni158...

— Tam trzeba pracować.

— O! Niekoniecznie, można także zdobywać — rzekł chłopiec z niespodziewanie twardym akcentem w głosie.

Turski przyciągnął chłopca do siebie i patrzył mu długo w rozgorzałe oczy. Dostrzegł tam snadź coś, jak gdyby odbłysk swoich własnych dziecięcych rojeń, snów, zamiarów... Poczuł dalszy ciąg własnego istnienia i ogarnęła go naraz nieprzemożona tęsknota, aby to dziecię mieć w swoich rękach, patrzeć, jak się w bujny kwiat życia rozwija, czuć w nim przedłużenie swojej istoty, uczynić nim to wszystko wielkie i doskonałe, czego sam uczynić zaniedbał, nie zdążył, czy nie zdołał. Na dłoniach, którymi kibić chłopca opasywał, czuł bijące, przyspieszone tętno jego młodej gorącej krwi, oczyma, w źrenice jego wpatrzonymi, przeglądał niemal na wskroś tę duszę, rozwijać się dopiero poczynającą i czuł coraz głębiej, że jest mu bliska, dziwnie zrozumiała, jasna i kochana.