Szalone myśli poczęły mu przez mózg przebiegać. Przez jeden moment chciał porwać chłopca od tej całej zgnilizny niezdrowej, obok której się chował i unieść ze sobą rzeczywiście gdzieś do Azji czy Australii, na twardy życia trud, na wyrobienie w ciągłej walce wszystkich władz ciała i duszy... A przede wszystkim, aby go ustawicznie, nieustannie mieć przy sobie, cieszyć się jego życiem i urabiać je na jakąś modłę olbrzymów.
Potem jednak zaraz pomyślał, że — poza wszelkie — mi trudnościami takiego planu — byłby to przecież ogromny egoizm z jego strony, oderwać tak przemocą dziecię od matki, od kraju ojczystego, od kultury całej, która bądź co bądź może mu wiele dać w życiu. Ale dlaczegożby go nie miał adoptować na przykład? Jego znaczny majątek, większy niż pozostałość po księciu, i dobre, szlacheckie, szczeropolskie imię usprawiedliwiałyby dostatecznie przed światem ten postępek wobec dzieciaka, które polubił, a księżna by się chyba zgodziła...
— Chciałbyś ty być mój? — zapytał chłopca znienacka.
Iwo, który się już długiem milczeniem niecierpliwił, potrząsnął głową.
— O, co to, to nie. Ja chcę być całe życie swój własny.
Turski wypuścił chłopca z objęcia.
Tak, on miał słuszność! Swój własny. Dzieci tylko wtenczas naprawdę należą do rodziców, gdy same niewiele są warte. W przeciwnym razie — to tylko złudzenie. To strzała puszczona z łuku, która — własnego pędu nabrawszy — dostaje naraz żywych skrzydeł i leci, kędy zechce, daleko, daleko poza widnokrąg, oczyma strzelca zakreślony... Strzała z bajki, która się zamienia w gołębia czy w orła. Tak być powinno.
Skinął głową chłopcu na pożegnanie i wyszedł w zamyśleniu powoli na ulicę.
Przed domem minął go pędzący na oślep Rohityn. Potrącił go prawie, nie pozdrowiwszy nawet i wpadł w bramę. Turski przystanął na chwilę i obejrzał się za biegnącym, słyszał pospieszne kroki na schodach, potem za moment stuk otwieranych drzwi... Ruszył ramionami i zwrócił się w stronę teatru, gdzie się spodziewał zastać Zarembę.
Rohityn tymczasem wpadł do mieszkania księżnej, pytając służby zaraz u wejścia o panią domu. Nim mu zdążono odpowiedzieć, ukazała się sama w drzwiach przedpokoju, a zobaczywszy przybyłego, cofnęła się szybko do salonu.