Rohityn pobiegł za nią. Zastał ją już siedzącą w fotelu i rozmawiającą z kręcącym się trochę niespokojnie Płażyńskim.
Podała mu z pobieżnym nieco uśmiechem lewą rękę do pocałowania, nie przerywając rozmowy.
Rohityn zawahał się.
— No, całujże pan prędzej! — zawołała z bardzo miłym zniecierpliwieniem.
Pocałował i wyprostował się godnie.
— Spodziewałem się zastać panią samą — rzekł, nie patrząc Płażyńskiego.
Księżna spojrzała ukradkiem na brązowy zegar, stojący w rogu pokoju.
— Spóźnił się pan. Nie wiedziałam, czy pan przyjdzie i dlatego pana Płażyńskiego, który przed dwiema czy trzema minutami zaszedł mnie odwiedzić, przyjęłam z ochotą.
Po czym zwróciła się do aktora.
— Obiecałam panu Rohitynowi rozmowę w cztery oczy. Prosił o nią od dawna, ponieważ ma mi podobno coś ważnego do powiedzenia.