Rohityn — może mimo woli — poszedł wzrokiem za jej dłonią, a przypatrzywszy się ze złością zegarowi, wziął krzesło i usiadł na nim ostentacyjnie z twarzą na leniwie wlokące się wskazówki zwróconą. Znać było, że postanowił bohatersko milczeć, dopóki nie nadejdzie godzina odejścia nieprzyjemnego aktora.
Księżna nie wiele sobie z tego robiła. Zaczęła żywo i z zajęciem rozmawiać z Płażyńskim o teatrze, o planach swych i zamiarach scenicznych, o Turskim wreszcie i Zarembie, słowem, o tym wszystkim, co Rohityna jak najmniej obchodziło i o czym nie miałby ani słowa do powiedzenia.
Czasem, gdy księżna odezwała się z jakimś swoim teatralnym planem, poruszał się na krześle niecierpliwie i rzucał szybkie, wściekle spojrzenie na mówiącą, jakby jej chciał przerwać, ale ostatecznie wytrwał w niewygodnej a dobrowolnie przyjętej na siebie roli obrażonego milczka, choć w końcu sam już czuł jej śmieszną niedorzeczność.
Wreszcie pół godziny upłynęło i Płażyński, rzuciwszy okiem na zegarek, powstał, aby się pożegnać. Miał uśmiech na ustach, gdy wyciągał dłoń do Rohityna. Rohityn podał mu ozięble końce palców, a ledwie drzwi się za nim zamknęły, wpadł z furią na księżną.
— Dosyć mam tych komedii! Proszę cię...
— Ciszej!...
— Błagałem cię, zaklinałem, że chcę dzisiaj nareszcie sam na sam z tobą pomówić...
— Niech mi pan nie mówi po imieniu.
— Jak to? dlaczego?
— Może kto słyszeć.