Przesunęła dłoń po jego włosach, a potem, ziewnąwszy ukradkiem, pociągnęła go za sobą na środek pokoju, gdzie usiadła w głębokim fotelu. Dał ze sobą robić bez oporu wszystko, co zechciała. Skulony u jej nóg, oparł czoło o jej kolana i powtarzał do znudzenia:
— Kocham cię, kocham, kocham...
Księżna ziewnęła jeszcze raz, po czym wziąwszy głowę Rohityna w obie ręce, uniosła ją nieco ku górze tak, że musiał spojrzeć jej w oczy.
Wyglądał nader śmiesznie, zapłakany i czerwony, z pomierzwionymi na skroniach włosami, ale ona, jakby tego nie spostrzegała, patrzyła nań czule i głęboko.
— Dzieciaku, ty, dzieciaku! I o cóż to tobie chodzi? Wyobraź sobie tylko, sam będziesz rad i dumny, gdy mnie zobaczysz na scenie, wśród oklasków, wśród wieńców i pomyślisz, że wszyscy się mną zachwycają, wszyscy szaleją, a ja do ciebie jednego należę! A propos, jaki mi bukiet przygotujesz na pierwszy występ? Chcę wiedzieć!
Rohityn żachnął się znowu.
— Kobieto! Nie doprowadzaj mnie ty do szału!
Odsunęła go lekko od swych kolan.
— Ach, jeśli się złościsz znowu, możemy o tym nie mówić. W ogóle możemy nie mówić o niczym, nawet nie widywać się wcale.
— Więc co będzie z nami?