— To, co widocznie chcesz sam, aby było. Ja dla twoich śmiesznych uwidzeń nie wyrzeknę się tego, co mi może dać jedynie szczęście w życiu. Ja chcę, rozumiesz mnie? Chcę władać, ludzi porywać, zachwycać, panować nad nimi, nad tłumem, nad całym ogromnym tłumem, ponad wszystkimi!... Ach, co ty wiesz...

— To ten kabotyn159 Płażyński winien temu! — ryknął Rohityn, zrywając się z kolan.

Spojrzała na niego z niewysłowionym lekceważeniem.

— Cóż tu Płażyński ma do rzeczy?

— Kochasz się w nim!

Ruszyła ramionami bez odpowiedzi.

Rohityn tedy zaczął chodzić po pokoju, udając lwa, miotającego się w klatce. Potrącił kilka krzeseł, przewrócił mały stoliczek z bukietem kwiatów (były od Płażyńskiego, tanie), a gdy się wreszcie zmęczył, poszukał kapelusza i stanął przy drzwiach w pozie tragicznej.

— Więc koniec? — rzekł po chwili oczekiwania grobowym głosem.

Zwróciła nań roztargniony wzrok.

— Jaki koniec?