— Z nami.
— Jak pan chce.
— Żegnam panią.
— Kiedy przyjdzie pan znowu?
— Nigdy.
— W takim razie niech pan lepiej jeszcze zostanie.
— Kobieto! Miej ty miłosierdzie nade mną i nad sobą!
Parsknęła naraz srebrzystym śmiechem, który go zmieszał niewymownie.
— Ludwik! Bałwaniątko małe! Chodźże, chodź! Przeproś. O tak, pocałuj jedną rękę i drugą... A teraz klęknij, pocałuj w kolano...
— Helu! Ja cię tak kocham! — mówił znów na klęczkach.