Golimski zaraz na wstępie zaczął opowiadać, że puścił dyskretnie w kurs wiadomość, iż księżna już niechybnie — na razie pod obcym nazwiskiem — wystąpi w jesieni na scenie i chwalił się, że zrobił to tak zręcznie, że nikt nie domyśli się nawet, aby z jej wiedzą i wolą ta pogłoska się rozeszła.
— Wszyscy są zelektryzowani — mówił. — Cały świat się na owo przedstawienie wybiera. W tym dniu ręczę, że Turski będzie miał teatr wyprzedany do ostatniego miejsca — przynajmniej raz w życiu, bo poza tym, nie wiem... Dziś by już ludzie bilety kupowali. Jedni przez ciekawość, drudzy z oburzenia. Gdyby Turski na ten dzień rzymskie koloseum wynajął, albo którą z dolin tatrzańskich na amfiteatr zamienił, i tak by miejsc zabrakło...
Mówiąc to, śmiał się i był okropnie dumny, nie wiadomo z czego. Księżna zaczęła go wypytywać o szczegóły i dawać różne dalsze zlecenia, zwracając się także czasem i do Rohityna, jak gdyby dla zaznaczenia, że to wszystko, co się dzieje, dzieje się z jego wiedzą i zgodą.
Wierzbic, usiadłszy opodal, nie przeszkadzał rozmowie. Dopiero po jakiej pół godzinie, gdy księżna wzrokiem go poszukała i zapytała, podał w milczeniu przyniesioną ze sobą tekę. Księżna, rzuciwszy w nią okiem, wydała mimowolny okrzyk radości.
— Tak, tak! To właśnie jest to, czego mi potrzeba. Och! Jak mnie pan zna...
— Pochlebiam sobie — odparł malarz z ukłonem i krzywym na ustach uśmiechem.
Pogroziła mu filuternie palcem na nosie.
Golimski się przysunął.
— Czy można zobaczyć, co to takiego?
Zakryła papiery obiema rękami.