Drżała z oburzenia, kiedy stąd wychodził, z głupim, na poły kłopotliwym, na poły cynicznym uśmiechem na szerokiej gębie, a oto teraz znowu drży... mimo woli...

Czy z oburzenia?

Ha, ha!

Zaśmiała się sucho i zaczęła chodzić po pokoju wielkimi krokami, w tył założywszy ręce.

A! Więc to tam za kulisami tak patrzą na kobiety, na te aktorki, przebiegające nieraz pół nago przez korytarz od garderoby na scenę, aby się pokazać tłumowi...

Czy to wszyscy tak robią? Czy to może tylko wyjątkowo u tego — jakże tam? — Płażyńskiego? Powinna go była w twarz uderzyć. Jak pokojówka na schodach zaczepiona, ponieważ tylko pokojówkę tak się zaczepia.

To będzie jej kolega! Właściwie po co się uparła postawić na swoim i wpakować go Turskiemu do teatru, gdy jej istotnie nic na tym nie zależało? Przecież można było ostatecznie w jakiś inny sposób spróbować, jak dalece Turski woli jej się podda.

Zatrzęsła się cała.

Jakże to było? Czytali wespół rolę, właśnie w tym miejscu, gdzie Samuel wyciąga ręce po księżniczkę Elen... I nagle...

Och! Gdy ją Płażyński ujął nagle za ramiona, miała wrażenie, że dotykają jej ręce jakiegoś pół-człowieka, murzyna, małpy... Jakie to wstrętne! Tak, wstrętne — a równocześnie...