Zastanowiła się. Jest jednak coś dziwnie, dziwnie, niepojęcie słodkiego w uczuciu zadawanego sobie gwałtu — przez kogoś, kto tylko siłę fizyczną ma do rozporządzenia. Może by taki zwierz rodzaju męskiego umiał nareszcie okiełznać, panować, bodaj nawet poniżyć?

Głupstwo! Cofnął się jak żak, gdy się zerwała i spojrzała na niego... Był zmieszany... Prawda, że jej nie przepraszał, że odchodząc, rzucił chełpliwie: Powrócę! — Ach! Nie powróci. Ona nie pozwoli na to. A gdyby się poważył, każe lokajowi za drzwi...

I znowu ten dziwny, niezrozumiały dreszcz ją przeszedł...

Nie chciała o tym więcej myśleć. Podjęła rzuconą na dywan rolę i siadła na otomanie163, aby pracować. Ale nauka jej nie szła. Słowa roli plątały jej się w głowie, jak bezduszne, nic niewyrażające dźwięki.

Zadzwoniła na pokojową. Kazała sobie podać filiżankę mocnej herbaty i pocztę popołudniową. Przyniesiono jej na tacy jakiś tygodnik ilustrowany i kilka listów. Jeden z nich ujęła w dłoń i zaczęła się pilnie przypatrywać pismu na adresie.

Lekki uśmiech przebiegł jej po wargach.

— Ach! To chłopię...

Rozdarła kopertę i leniwym wzrokiem zaczęła czytać.

„Pani najpiękniejsza i dobra! Pachną mi akacje przez otwarte okno, a tam naprzeciw gra ktoś na skrzypcach dziwną, przeciągłą, smutną melodię, której nazwać nie umiem... Ciepły, gwiaździsty wieczór pełen jest tej woni i tego dźwięku nieznanego. To śmieszne jest powiedzieć, że dusza moja podobna jest do tego wieczoru, prawda? Pachnie w niej coś i płacze, jak te struny niewidzialną ręką tam trącane... Poskarżyć Ci się chcę, Pani, że Cię kocham. Nie mówiłbym tego i nie pisał, gdybym... Ach, wszystko jedno! Dość, że napisałem już. Wyjeżdżam stąd za kilka dni za granicę i po wakacjach tam zostanę dla ukończenia studiów, nie będę więc już Pani widział i nie będę się potrzebował wstydzić przed Panią, żem napisał rzecz, która się Tobie, Pani, musi wydawać bardzo, bardzo śmieszną. Ale tak nie jest w istocie. To byłoby śmieszne wtenczas, gdybym czego pragnął lub spodziewał się... Niech Ci się więc, Pani, zdaje tylko, że ktoś Ci rzucił snop kwiatów pod stopy, gdyś przechodziła ulicą, że ktoś ukląkł, widząc Cię zdała i nakrył twarz, abyś nawet nie poznała, kto klęczy. I ja sam, Pani, nie chcę z bliska patrzyć na Ciebie. Tak oddalona jesteś mi cudem, jesteś zorzą, płonącą gdzieś na niedosiężnym firmamencie, która jednak rozświetla mi twarz, gdy ją wzniosę ku górze...”

Księżna ziewnęła lekko i nie kończąc dość długiego listu, opuściła go na kolana. Przed oczyma stanął jej znów Płażyński z bezczelnie zuchwałą, cyniczną gębą lokaja...