— Ach! Jakże się nazywała ta cesarzowa rzymska164, co uciekała w noc z pałacu w kapturze ulicznicy, aby się oddawać przechodniom, poganiaczom mułów i drążkarzom? Czuła uścisk brutalny, poddawała się ich żądzy, żadnymi względami nieokiełzanej i twardej, nielitościwej pięści...
Zerwała się przerażona.
— Boże jedyny! Cóż mi do głowy przychodzi? —
Nie! Nie! Nie! Nie poddawać się, ale panować i nad takim dzikiem zwierzęciem, być jak ta pogromczyni w klatce, co z uśmiechem kładzie złotą głowę w cuchnącą paszczę lwa...
A! Niech przyjdzie tutaj! Owszem, trzeba, aby przyszedł. Niech się na kolanach włóczy jak tamci wszyscy, a gdy ona zechce, niech skacze jak niedźwiedź, tańca pod batem wyuczony...
Naraz ogarnęło ją rozczulenie.
Mój Boże! Cóż on winien, ten biedny Płażyński, że jest tak niezręczny i... nieokrzesany? Gdyby miał więcej znajomości świata, nie byłby postąpił w ten sposób, umiałby owszem łasić się, podchodzić, przyczajać... A poza tym jest przecież cudowny! Nie można go nawet porównać z Rohitynem, który jest przysadkowaty, krępy i błazen. Płażyński wygląda jak wykuty z marmuru i głos ma tak przejmujący... Młody jest bardzo.
Ukryła twarz w rękach na miękkiej poduszce otomany.
Czuła, jak przypływa jej do serca szeroka, dobra i litościwa fala wyrozumiałości, przebaczenia, łaski.
— Dobra jestem — myślała. — Dopomogę mu. Umieściłam go u Turskiego. Ja tam zajmę wybitne stanowisko i pociągnę go za sobą ku wyżynom. Teraz on jest niczym, ale miłość ku mnie zrobi z niego artystę. Będę mu siostrą, opiekunką, matką...