Na przekór tym określeniom wyobraźnia mimowolna przywoływała jej przed oczy aktora w takiej postaci, jak widziała go ostatnio: z zaciśniętymi szczękami, chwytającego brutalnie zuchwałą ręką jej wątłe, królewskie ramiona... Dreszcz ją znowu przebiegł gorący, którego się już poskromić nie starała. Gwałtownym rzutem ciała przewróciła się na otomanie na wznak i zaplotła ręce pod głowę. Patrzyła w sufit prawie bezmyślnie, z błędnym na wpół otwartych ustach uśmiechem.
Gdy po jakimś czasie, powstając, trafiła końcem stopy na porzucony list Borzyckiego, uśmiechnęła się z pogardą.
— Osioł — szepnęła i trąciła nogą zmięty papier w kąt pokoju.
W tejże prawie chwili w przedpokoju ozwał się dzwonek.
Służący oznajmił „jakiegoś młodego pana, który nie powiedział swego nazwiska, ale chce się z księżną panią widzieć na jeden moment”.
Przyszło jej na myśl, że to może Płażyński, ale tego wszak znała jej służba...
Zawahała się trochę; ciekawość przemogła. Kazała prosić. Wszedł Borzycki.
— Pan? Pan?
— Księżno proszę mi darować...
— Cóż bym ja panu miała do darowania? Owszem, rada jestem bardzo, że pana widzę.