Otarła łzy i uśmiechnęła się jak słońce spoza wilgotnej chmury deszczowej.
— Niech będzie. Taki już widocznie mój los. Pozostaje mi w życiu tylko jedno: sztuka!
Wyciągnęła ku niemu ręce.
— Pan mi w tym dopomoże. To pański obowiązek dzisiaj.
A gdy ją zaczął zapewniać, że tego „obowiązku” nie zaniedba, dodała jeszcze, patrząc gdzieś w dal przed siebie.
— A Iwonka nie wolno panu opuszczać. Ja, poświęcając się sztuce, nie będę mu już mogła być matką taką jak dotychczas. Pan mu teraz musi oboje rodziców zastąpić...
Po czym spojrzawszy na zegar, dała mu do zrozumienia, że godzina jest późna i musi pracować.
Po wyjściu Turskiego odprawiła służbę i przebrawszy się w lekki strój domowy, chodziła długo niespokojnie po pokoju. Wreszcie Płażyński zadzwonił. Otworzyła drzwi sama i zaraz na progu chwyciła go drapieżnie za rękę.
— Ty! przyszedłeś... Chodź! chodź...