W głębi jednej z dwóch nisz, na wysokości balkonu się znajdujących, plecami o gładzoną murmurową kolumnę oparty, przed okiem zgromadzonych na dole gości fałdami ciężkiej portiery zakryty siedział Turski, bledszy nieco niż zwykle — i spod przymknionych powiek patrzył na rozsuwającą się z wolna przed sceną zasłonę.
Mrok zupełny, scenę zalegający, nie pozwolił na niej rozróżnić żadnych dekoracji, jeśli jakie były165. Otwarła się jeno ciemna czeluść, gdzieś w najdalszej głębi jakby obrzaskiem gwiazd od skalnych kolosów przebłyskująca i powiał z niej rzeźwy, wonny chłód na duszną od natłoczonych ludzi widownię.
W kutych miedzianych trójnogach na kamiennych stopniach sceny, pryskając, płonęła dymnym ogniem żywica; słaby, czerwony blask płomienia z poza kolumn igrał niespokojnie na pierwszym planie, niezdolny w mroczną głąb dotrzeć. I oto z fałdów rozsuniętej kotary wolnym krokiem, ze spuszczoną głową, wysunął się człowiek «o przedziwnej masce hrabiego de l’Isle-Adam, dawno zmarłego poety, który żyjąc w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, zdawał się ongi sztuką swoją, z jednej strony być współczesnym Bajronowi, z drugiej — wylatywać gdzieś naprzód, ponad pokolenia przyjść dopiero mające, aby go pojąć, odczuć i zrozumieć.
Szedł w czarny, szeroki płaszcz owinięty — na tle ciemności, w czerwonych błyskach z trójnogów bijących — milcząc jak cień. W pośrodku sceny przystanął, a potem zeszedłszy dwa stopnie niżej, usiadł na kamiennym schodzie, ramieniem o grecki ołtarz oparty.
Wzniósł po chwili głowę i począł mówić — wolno — głosem znużonym, jakby z trudem dalekie przypomnienie w słowa przybierając:
„Wyszedłszy z tego balu, szliśmy wzdłuż wybrzeża —
jako droga nas wiodła — w wygnańcze namioty,
a w jej dłoni kwiat jakiś wiądł i skrzył się złoty:
była północ, gdy gwiazda gwieździe sny swe zwierza.
„Tuż przed nami — w ciemnościach — po przez morza tonie