w opalową i bladą dal gdzieś czarne fale

gnały; brzaskiem mistycznym lśniły wód oddalę

i wskroś chłodnych przestworów alg szły ostre wonie.

„Odwieczne echa łkały hen po całym stoku,

a bałwany spienione zwichrzonemi głowy

ciężko tłukły o skalisk brzeżnych mur spiżowy;

na wydmie cmentarz krzyżów pojawiał się oku... ”

Turski słuchał. Jakaś wizja północna majaczyła mu w pamięci: czarne, lodowymi soplami pokryte skały, wśród których, jak złe psy na uwięzi, miotają się szczekające i warczące morskie bałwany. Zapomniał na moment, że jest w swoim własnym teatrze, gdzie za minut kilkanaście zjawi się w aktorskim stroju ta kobieta, której pamięć włóczyła się za nim po tylu morzach i lądach przez tak długie lata. Pod powiekami przymkniętych oczu paliła mu się blada i ruchliwa zorza północna, zdało mu się, że słyszy w wietrze skrzypienie lin w małych czarnych statkach rybackich, co nocną porą na łów wyruszyły... Tęsknił w tej chwili tak, jak ongi, niegdyś, dawno, za marą swoją, za snem, ułudą, czując jeno, że dalsza ona jest odeń obecnie, niż wówczas była na tamtej, drugiej półkuli...

Aktor w stroju poety opowiadał tymczasem o nadmorskim cmentarzu z krzyżami, z których wieńce i napisy wicher pozrywał a uniosły bałwany. A potem zaczął mówić o swej towarzyszce. Powstał teraz i jedną dłonią o ołtarz wsparty, drugą wyciągnął szeroko przed siebie, ku widzom, jakimś ruchem lęku czy obrony:

„W jej spojrzeniu mrą dzieci. Przechodzi do fali