Lekki ale przejmujący zimny dreszcz przeszedł Turskiego. Uśmiechnął się wzgardliwie na przekór własnej duszy.

— Śmieszne, przesadne słowa spóźnionego romantyka, który nadto czytał Baudelaire’a! Źle zrobiłem, żem ustąpił i zgodziłem się na wystawienie tej sztuki, niemającej właściwie zgoła sensu. Jeszcze głupiej, żem ją sam tłumaczył...

Mówił tak do siebie, ale myśli jego innym szły torem. Przypomniał sobie dawną rozmowę z Wierzbicem, kiedy go to przekonywał, że w księżnej Helenie nie ma zgoła nic demonicznego, lecz że tylko umie się ona stosować przedziwnie do okoliczności, jakie wokoło niej stworzono. Ale skąd właściwie powstała ta cała atmosfera i dlaczego kolo niej właśnie? Znalazł był wówczas jakąś formułę.... ach, tak! Prawda: geniusz płci! Głupie słowo, ale — może — naprawdę tak jest? Na czymże jednak w takim razie ów „geniusz płci” polega? Wszakże ona nie uwodzi, lecz jest raczej wciąż uwodzona, nie zakuwa w kajdany, a ludzie sami okute ręce pod nogi jej kładą — wtedy nawet, gdy im się zdaje, że nad nią panują... Gdyby tak ten wyraz „geniusz płci” na odwrót przeczytać, czy nie wynikłoby z tego: „męskie niedołęstwo”?

A może nawet zgoła co innego? Jak to profesor Butrym powiedział?

„Kobieta może być naszą nałożnicą, albo matką naszych dzieci...”

Ha, ha! Śmieszny jest ten Butrym ze swoją mądrością, zapożyczoną od dwudziestokilkoletniego samobójcy-mizogina166! Udaje sceptyka i filozofa, a przecież sam patrzy w oczy swej żony, szukając w nich duszy, bliskiej sobie, przyjaznej, duszę jego dopełniającej.

Gdyby on — Turski — przed laty więcej był miał167 energii i zamiast dokonywać „bohaterskiego” czynu ucieczki tam, gdzie pieprz rośnie, zerwał był ten łańcuszek, ukochaną kobietę krępujący, rozwiał kłamstwo, otaczające ją jak mgła?... Gdyby był umiał stać się nie tylko jej kochankiem, lecz przyjacielem, opiekunem, mężem? Nie! On umiał tylko u nóg jej leżeć i żebrać u niej miłosnej rozkoszy, albo w brutalnych wybuchach zazdrości czysto zwierzęcej ranić w niej to wszystko, co jest człowiecze... A może przecież i w niej „śpi jak lilia zamknięta w hebanowej skrzyni czystość jeszcze dziewicza dotychczas i świeża?”.

Tkliwość niewypowiedzialna i tęskna owładnęła nim naraz, a z nią razem jakieś wewnętrzne kajanie się, jakaś żądza ekspiacji i pokuty, jeśli już nie naprawienia tego wszystkiego zła, co się stało.

— Czyż nie ja jeden jestem winien temu wszystkiemu kłamstwu i poniżeniu? — szeptał do siebie. — Śmiałem się, gdy niegdyś w oczy mi to zarzuciła, a przecież tak jest, tak jest! Nie wiem, co trzeba było zrobić, nie umiem dokładnie powiedzieć, w którym punkcie wina moja leży, ale wiem, żem winny. Duszę trzeba było w niej znaleźć, tę lilię śpiącą w hebanowej skrzyni...

Przelotnie błysnęła mu w myśli postać Poleskiego, ze starą inkrustowaną krucicą u skroni, który zginął przez to jedno, że wierzył w duszę tej kobiety — ale rychło natrętny i niepożądany obraz od siebie odegnał.