— Dziś już za późno — myślał — aby przeszłość odwracać, ale pozostał syn. Jej syn i mój. Temu dziecku muszę wynagrodzić krzywdę, matce wyrządzoną. Wszystkie siły moje, całe życie i to, co mam... Nie cofnę się przed niczym, wszystko zniosę, choćby śmieszność i upokorzenie, aby się opiekować, aby czuwać nad nim... i nad nią...

— Jak Rogocki — szepnął mu jakiś zły głos do ucha.

Szmer przeszedł po widowni. Na scenę wchodziła księżna.

Turski, w myślach zatopiony, nie zauważył był nawet, jak po skończonym prologu scena się rozjaśniła blaskiem wieczornych latarni, przed studencką gospodą drezdeńską zapalonych — nie słyszał gwaru-zebranych burszów, powitań przybywającego Samuela, ani rozmowy smutnego do śmierci, wieczystego miłośnika księżniczki Elen, kawalera de Rosenthal z zazdrosną oń aż do zbrodni panią de Wahlburg.

Teraz dopiero, więcej przeczuciem zbliżenia się księżnej niż powstającym na sali szmerem tknięty, podniósł głowę i spojrzał na scenę...

Malowany nocny krajobraz łączył się przedziwnie z perspektywą rzeczywistego, widną przez rozsuniętą w głębi ścianę. Drezno, przed którego rogatkami autor francuski akcję dramatu swego umieścił, stało się jakimś dziwnym grodem z bajki, u stóp śnieżnych gór leżącym. Długa, prosto wyciągnięta aleja smrekowa szła w dal, hen poza mury teatru, w stronę błyszczącego rozświetlonymi oknami pałacu księżniczki Eleny, który wzniesiono na jeden wieczór na przeciwległym teatrowi wzgórzu.

Na pierwszym planie sceny czysty jak łza Samuel spał na ławce darniowej...

W długiej alei wionął czarny cień...

Turskiemu żywiej serce zabiło.

Oto zbliża się ona. Księżniczka Elen — księżna Helena... Miał wrażenie, że teraz, w teatralnym złudzeniu, spośród udanych, za autorem powtórzonych słów, objawi mu się jakaś prawda, jeszcze mu nieznana a duszy tej kobiety dotycząca...