„Duszę się!”

Czy to jej głos? Czy to jej ruch, którym nagle białymi rękoma rozdarła płaszcz z czarnych koronek pod szyją i maskę z twarzy odrzuciła, rozsypując jednocześnie lśniącą, kruczą falę włosów po barkach strzelistych?

„Och! Jakież to wszystko nudne i poniżające! Jeden wir walca i już mnie kochają, to obrzydliwe. Żal mi ubogiego domku mych rodziców... To było zaiste nieszczęście, żem się urodziła...”

Zwykłe, pospolite w romansach i dramatach słowa. Turski szeroko rozwarł oczy, w słowach tych drżał przedziwny, z głębi duszy dobyty ton, jakaś szczerość ogromna, w teatrze po prostu niesłychana.

„To było zaiste nieszczęście, żem się urodziła...”

Kto się tak skarży? Księżniczka Elen? Księżna Helena?

Oto ujrzała śpiącego na ławce Samuela. Spojrzenie obojętne, trochę wzgardliwe słowa, szeptane do siebie z roztargnionym rzutem oczu w stronę oświetlonych okien pałacu, z którego była uciekła168. A jednak śpiący człowiek ją zajmuje, nie może się oderwać od niego.

„Chciałabym go obudzić — i nie śmiem. Ach! Zapewne zechce mnie pocałować, gdy go obudzę!”

Zniecierpliwienie. Tupie nogą. Ten cudowny młodzieniec, śpiący tak spokojnie w jej obecności, gniewa ją. Chwila milczenia, a potem nagły ruch tygrysicy. Nachyla się nad uśpionym. Oczy jej, te oczy qui font mouris les enfants169, szeroko rozwarte patrzą na młodą, spokojną we śnie twarz... Usta jej zadrgały kurczowo, niby stygnącym uśmiechem, niby spazmem przeczuwanej zbrodniczej rozkoszy.

„Tak, to myśl cudowna! Właśnie to! Kochać go będę przez trzy dni tak, aby nie znał mego imienia, będę go kochać po prostu, tego cudownego młodzianka, a potem odejdę sobie i on zostanie sam z moim wspomnieniem. W ten sposób pozostanę na zawsze czysta i uczczona w jednej przynajmniej duszy na ziemi...”