Usta jej palące przywarły się do ust śpiącego.

Samuel — czysty jak łza — rozwiera oczy.

— „Och! Jakaś ty piękna!”

— „Czy chcesz, panie mój, iść ze mną?”

— „Jaka ty piękna jesteś! Cud...”

— „Pójdź, pójdź...”

Zasłona się zwinęła, zabłysły światła w widowni. Turski mechanicznie powstał i wąskim, specjalnie dla jego loży urobionym przejściem poszedł na scenę. Bezmyślnym okiem patrzył na gwałtowny ruch antraktowy, składano dekoracje, rozstawiano nowe, wśród robotników kręcił się, krótkie wydając rozkazy, Wierzbic, wedle którego planów to wszystko malowano. Turski zauważył, że ma ceglaste rumieńce na twarzy i co chwila językiem spiekłe wargi odwilża. Zeszedł mu z drogi, nie chcąc przeszkadzać. Zresztą nie był usposobiony do rozmowy. Mignęła mu jeszcze w oczach pyzata gęba Płażyńskiego w stroju Goetza, zdawało mu się, że aktor zdąża w stronę ubieralni księżnej Heleny.

Zawahał się na chwilę, czy nie iść tam i nie powinszować jej tego pierwszego, krótkiego zjawienia się na scenie, które nadspodziewanie wielkie wrażenie wywarło, ale ogarnął go strach, że może w garderobie zastać Płażyńskiego albo Rogockiego, któremu na prośbę księżnej, jako nieodzownie potrzebnemu adlatusowi170, udzielił osobnego pozwolenia znajdowania się za kulisami. Gdy tak stał, niepewny co począć, dostrzegł go Zaremba i powitał.

— Szukam pana za kulisami — zaczął — aby panu powinszować. Pierwszy akt poszedł oczywiście nadzwyczajnie. Jeśli i drugi tak pójdzie...

— Drugi pójdzie bez porównania lepiej — rzekł Turski i zmieszał się, posłyszawszy treść własnych słów, niespodziewanie rzuconych.