Stary pan zrozumiał. Spojrzał nań z uśmiechem w kącikach zwiędłych ust.

— A tak, liczy pan na księżną. Tutaj się dopiero pojawiła. Tak, tak. Zdaje mi się, że to będzie z czasem niepospolita artystka. Jeśli jej tylko teatr, rozumie pan? Teatr nie uwiedzie i nie zrobi z niej komediantki...

Rozstali się jakoś chłodno, chłodniej niż zazwyczaj. Turski wrócił do swojej loży, gdyż właśnie drugi akt miał się rozpoczynać.

Gdy siadł na swym miejscu, światła na sali były już pogaszone, na scenie rozmawiała właśnie księżniczka Elen z panią de Wahlburg, co przyszła, aby jej przynieść śmierć. Patrzył na wszystko i słuchał jak we śnie. Chwilami miał wrażenie, jak gdyby nie dramat kłamany i romantyczny przed nim na teatralnych deskach się rozgrywał, lecz dziwna jakaś rzeczywistość mu się objawiała w formach, niby to skądś już znanych, prawie że banalnych, a przecież wyrazistych i jedynie właściwych.

— Skrót całego życia — myślał — symbol każdej miłości, znak duszy kobiecej...

Nie próbował nawet zastanawiać się, czy dobrze grają tam na scenie; nie pamiętał w ogóle, że grają. W scenie z Samuelem widział okropną, rozpaczliwą, z pustej duszy wychodzącą nudę księżniczki, udającej jeszcze miłość, z litości, nawet nie nad tym, już nie kochanym, lecz raczej nad sobą samą, wiecznie i zawsze przez każdą chwilę życia oszukiwaną, które, na pozór pełne, obiecywało wiele, a niczego dać nie umiało. Ogarnęło go głębokie, aż bolesne, smutku pełne współczucie. I nie wiedział, kogo właściwie żałuje: wymyślonej przez poetę postaci, czy tej żywej kobiety, która ją oto przed oczyma jego wcielała. Jak czasem w przykrym śnie gdzieś na dnie świadomości budzi się mysi, że to przecież wkrótce i dobrze się skończy, tak on teraz z przedziwną ulgą przypomniał sobie, że księżniczka Elen umrze za chwilę, zdradzieckimi kwiatami pani de Wahlburg otruta.

I naraz zbudziło się w nim uporczywe, całą istotę jego pochłaniające oczekiwanie. Czekał tej chwili ostatecznego wyzwolenia w dramacie, zupełnie jak jakiś młody czeladnik, co raz na miesiąc w niedzielę przyszedł na straszliwą tragedię do teatru i drży z niecierpliwości, gdy się przybliża chwila rozwiązania. Krytyczna myśl nasunęła mu na jeden moment to porównanie, ale uśmiechnął się jeno pobłażliwie i odepchnął je szybko.

Oto uczta ostatnia tych dwojga ludzi — na balkonie pod gwiazdami. Zdradziecki paź nalewa wino w kryształowe kielichy. Na rozkaz Eleny sypie opium do pucharu Samuela...

— Już, już za chwilę umrze i ona, za chwilę będzie wolna — myśli Turski uporczywie...

Pożegnała go chłodnym, smutnym jak śmierć pocałunkiem w czoło i uśpionego każe wynieść tam na ową ławkę darniową, gdzie go zbudziła pocałunkiem na trzy dni miłości...