Jakoż gdy tylko wszedł nieco wyżej, poczuł gwałtowne, gorące, krótkie uderzenie wichru, zapowiadające zbliżanie się burzy. Rzadkie smreki zajęczały dokoła niego — jakaś sucha gałąź wiatrem odłamana padła na jesienną twardą ziemię.
— Stary idzie! — posłyszał stłumiony głos w pobliżu.
Obejrzał się raźno — zdziwiony. Tuż nieopodal robotnicy przy świetle pochodni rozbierali dekoracyjną budowlę, przedstawiającą pałac księżniczki Eleny, na którą jeszcze niedawno, wszystkimi oknami rozjarzoną, patrzyli widzowie teatralni po przez otwartą tylną ścianę sceny. Teraz usuwano właśnie podpory, podtrzymujące wyniosłą ścianę z desek, ściągano sznury i odpinano żelazne spięcia.
Starszy maszynista podszedł ku niemu.
— Spieszymy się, proszę pana dyrektora — rzekł, zdejmując czapkę — bo za pół godzinki to wiatr by to już sam za nas sprzątnął!
Jakoż w tymże momencie — nie czekając nawet zapowiedzianej „półgodzinki” — nowe gwałtowne uderzenie wiatru wyręczyło robotników. Osłabiona przez zdjęcie podpór ściana znikła nagle z przed oczu Turskiego, posłyszał tylko łomot drzewa, rzuconego gdzieś w dół, aż do wąskiego potoczku, co oba wzgórza rozdzielał.
Turski doznał wrażenia jak gdyby ulgi. Zdawało mu się, że tak właśnie powinno się było stać: wiatr, prawdziwy wiatr musiał rozwiać i zniszczyć ten śmieszny gmach z malowanych desek, co przez godzinę pałac księżniczki udawał.
Nie spojrzawszy nawet na zakłopotanych i — ze względu na jego obecność — po cichu klnących robotników, zawrócił w stronę teatru.
Gdy się znalazł z powrotem przed greckim portykiem wejścia, ludzie tłumnie już wychodzili. Ustąpił przed nimi w cień limb i patrzył jak przechodzą, rozmawiając żywo i gestykulując, gdy naraz przypomniał sobie, że powinien właściwie odwiedzić księżną w garderobie i podziękować jej za występ.
Zastał ją już ubraną w towarzystwie jakichś dwóch nieznajomych mu dam, które jej przyszły po przedstawieniu winszować, i naturalnie — Rogockiego. Zwróciła się ku niemu zaraz jasną, uśmiechniętą twarzą.