— Czekam na pana.

— Nie chciałem wcześniej przeszkadzać — rzekł z ukłonem.

Wstała pospiesznie i poczęła się żegnać z damami, mimo że te, zdaje się, wcale nie miały jeszcze ochoty wychodzić.

— Bardzo, bardzo było mi miło, że panie raczyły... Przepraszam, żem panie tak długo w tej ciasnocie zatrzymała, ale było mi naprawdę tak przyjemnie.

Turski patrzył, oparty plecami o drzwi. Widział garderobianą, składającą rozrzucone części kostiumów, naprzeciw na gotowalni duże potrójne zwierciadło i zapalone przed niem światło elektryczne, pudełko ze szminką, łabędziki od pudru, walające się na marmurowej tafli. Był ciągle jeszcze jak nieprzytomny. Nie umiał sobie zdać jasno sprawy z punktu swego życia, w którym się znajduje. Co chwilę wzbierało w nim uczucie, że czas się wrócił wstecz — i on jest jak dawniej w jakimś teatrze, w którym może właśnie jego sztukę grano przed chwilą. Przyszedł oto po skończonym przedstawieniu podziękować wykonawczyni głównej roli... Widział, że to jest księżna Helena i nie dziwił się temu. Zdawało mu się, że w ogóle nie znal jej nigdy w innym charakterze, że owszem, odkąd zapamięta, była aktorką i on ją widywał zawsze na tle tych porozrzucanych kostiumów, w tej duszącej atmosferze perfum, zapachu szminki i pudru...

Uczuł, że ktoś z lekka dotyka jego ramienia.

— Czy pan zadowolony ze mnie, panie Romanie?

Ocknął się.

— Wie pani, myślałem właśnie w tej chwili, że pani jest urodzoną artystką, i aż mi dziwno, że znałem panią podobno i wtenczas, kiedy pani na deskach teatralnych nie występowała.

Zaśmiała się.