Owinął się w lekką, wyszarzałą pelerynę i wyślizgnął się z loży, nieżegnany i niezatrzymywany przez nikogo. Na korytarzu dopiero w pobliżu świecznika przystanął i jął się przypatrywać Turskiemu. Po obrzękłej twarzy jego przeleciał jak gdyby cień roztkliwienia.

— Tak cię dawno nie widziałem! Tyle lat... Myślałem, że już nie żyjesz.

Turski zaśmiał się. W odpowiedzi Rogocki zamruczał coś niewyraźnego, jakby urażony, i nie czekając aż Turski wierzchnie odzienie z garderoby odbierze, wybiegł z teatru. Na ulicy chwycił Turskiego pod rękę.

— Po coś ty tu przyjechał? Ty nic nie wiesz jeszcze, ale ja ci opowiem! Tutaj się straszne rzeczy dzieją!

Mówił pośpiesznie, z nerwowym niepokojem, nie dając towarzyszowi przyjść do słowa.

— Ci trzej... widziałeś? Ale to nic. Trzeba o każdym z osobna... Takimi ludźmi ona się otacza! Ty ją znasz. Nie tak wprawdzie jak ja, lecz zawsze znasz ją cokolwiek...

Zachłysnął się i przystanął na rogu ulicy.

— Zajdziemy może do jakiej kawiarni? Tu niedaleko...

Nie czekając odpowiedzi, pociągnął Turskiego za sobą.

Usiedli w kącie dużej i jasnej, niezbyt jeszcze o tej godzinie pełnej sali. Służba kręciła się bezczynnie między stolikami albo stała około bufetu, czekając gości, którzy po skończonym przedstawieniu w teatrze całą falą mieli napłynąć. Rogocki nachylił się do ucha Turskiemu.