— Słuchaj, ja dzisiaj nie bardzo jestem przy pieniądzach. Wiesz, klienteli na razie nie mam... Otrzymam wprawdzie wkrótce poważniejszą sumę...
Teraz dopiero w świetle zauważył Turski po jego niespokojnie błyszczących oczach, że jest już pijany. W milczeniu podał mu, jakby papierośnicę, rozwarty portfel. Rogocki chwycił łapczywie kilka banknotów i począł wołać na kelnera.
Z grupy stojącej około bufetu oderwał się jeden i poszedł bez pośpiechu ku przybyłym.
— Pan rozkaże? — spytał Turskiego, odwracając się ostentacyjnie tyłem do byłego adwokata.
Turski wskazał w milczeniu ręką swego towarzysza.
— Szampana! Roman, wszak napijesz się, co? — zapraszał Rogocki uprzejmie. — Dwie flaszki. Mumm — extra dry48!
Pierwszą szklankę wychylił duszkiem i zbliżywszy swoim zwyczajem kosmatą twarz do twarzy Turskiego, począł mu opowiadać chaotycznie o księżnej Helenie, o ludziach, którzy u niej bywają, o rozwodzie z księciem, o dziecku jej i o sobie, mieszając widocznie fakty rzeczywiste z majakami swojej chorej wyobraźni.
— Ten Rohityn... Ty go jeszcze zobaczysz! Opowiada, że ma wielkie dobra gdzieś na Wołyniu, ale to nieprawda. Golimski jest bałwan. Szkoda jej naprawdę... Ty jeszcze nie wiesz, kto ona jest właściwie. To jest święta, to jest nadzwyczajna kobieta. Drugiej takiej na świecie nie znajdziesz!
I bezpośrednio po tym zapewnieniu zaczął mówić najstraszniejsze rzeczy o księżnej Helenie, od których włosy mogły powstać na głowie. Trząsł się przy tym, unosił i pił coraz więcej. Każdy jej postępek, każde słowo, każdy stosunek choćby najniewinniejszy, urastał w jego powikłanej fantazji do jakichś piekielnych, demonicznych rozmiarów. Niepodobna było tego wszystkiego rozplątać ani zrozumieć, co tu prawdą może być istotnie, a co się tylko Rogockiemu prawdziwym wydaje. Patrząc bowiem na niego, na jego przerażone oczy, drżące usta, chwilami z wyrazem prawdziwego bólu się zacinające, Turski o świadome kłamstwo posądzić go nie mógł. Żal mu się go zrobiło niewypowiedzianie.
— Uspokój się, Jaśku — rzekł, kładąc mu rękę na dłoni.