— Nie, nie. Ja jestem spokojny. To wszystko ostatecznie nic mnie nie obchodzi. Widzisz, co do Wierzbica... Namalował on serię obrazów. Inna kobieta za drzwi by wyrzuciła człowieka, który by ją śmiał tak namalować, zbójcę by nasadziła na niego... Ona ma je wszystkie w domu u siebie i Wierzbica przyjmuje...

Wina zabrakło, kazał przynieść dwie nowe flaszki kelnerowi, który nim wykonał zlecenie, zapytał przezornie Turskiego o zgodę.

Rogocki mówił dalej:

— A mimo wszystko, to nie jest zła kobieta. Nie, nie! I ja ją kocham. Przyznam ci się otwarcie, może się tego nawet nie domyślałeś. Cóż na to poradzę! Już szesnaście czy siedemnaście lat... Nie miałem wówczas jeszcze trzydziestu... Chciałem ją uratować i dzisiaj chcę. To jest bardzo trudno, ale ona widzi moją dobrą wolę. I wiesz, to jest jedyną moją pociechą, że ona, choć nigdy nie dała tego poznać po sobie, choć tego niczym nie objawiała, mnie jednego kochała i kocha...

Turski od dawna nie słuchał. Paplanie Rogockiego w końcu było już nudne. Wodził okiem po dużej kawiarni, która zrazu zapełniała się z wolna, potem, gdy przedstawienie w teatrze się skończyło, zaroiła się naraz gwarnym tłumem mężczyzn i kobiet. Turski zauważył kilku dawnych znajomych; niektórzy przypatrywali mu się pilnie, nie mogąc snadź poznać, inni podchodzili, aby się przywitać i kilka słów zamienić. Znać było, że niektórych od pozostania przy stoliku powstrzymywała tylko obecność Rogockiego, którego się bano powszechnie, gdyż niełatwo wypuszczał z łap swoich ofiarę.

Jednego z przechodzących mimo, blondyna o dobrej, jasnej twarzy i wysokim, inteligentnym, w łysinę już nieco przechodzącym czole, zatrzymał Turski sam.

— Wszak doktor Butrym, jeśli się nie mylę?

— Ach, to pan! Słyszałem już o pańskim powrocie.

Uściskali się serdecznie. Butrym usiadł obok, podawszy dłoń Rogockiemu.

— Co pan tu robi? — pytał Turski.