Butrym się uśmiechnął.
— Raczej by to mnie wypadło pana o to zapytać. Ja ciągnę swoją taczkę. Dostałem przed czterema laty katedrę astronomii na tutejszym uniwersytecie... Ożeniłem się niedawno, mam synka...
— I jakże się panu wiedzie?
— Dziękuję. Idzie jakoś. Widzi pan, nie trzeba nigdy za wiele wymagać, zwłaszcza że i małe wymagania rzadko w zupełności się spełniają. W domu mi dobrze. Pracuję.
Ze skromnego sposobu mówienia profesora nie mógłby się domyśleć Turski, który od dawna to, co się w kraju działo, stracił był z oczu, że ten nie stary i cichy człowiek ma już dzisiaj europejską sławę jednego z najgenialniejszych uczonych. On sam zresztą nie mówił nigdy o swoich zdobyczach naukowych, nie wierząc, aby obchodzić mogły naprawdę kogoś, kto nie ma bezpośredniej z jego zawodową wiedzą styczności. Nie umiał zaś mówić powierzchownie, popularyzować się, rozpraszać; chętniej więc rozmawiał z niewtajemniczonymi o rzeczach obojętnych i codziennych, a pytania znajomych laików, którymi ci spodziewali się sprawić mu przyjemność a równocześnie swoją świadomość rzeczy okazać, zbywał zazwyczaj pobłażliwym: „Dajmy pokój49 tym nudnym rachunkom”, jeszcze nie wiadomo, co z tego będzie, nad czym pracuję.
I teraz zwrócił się do Turskiego z jasnym, przyjaznym uśmiechem:
— Niechże pan nareszcie opowie, gdzie był? Co robił? Co widział? Panie Romanie!
Od czasu przyjazdu po raz pierwszy został Turski o to zapytany i po raz pierwszy od długich lat miał ochotę opowiedzenia czegoś ze swoich przygód, rozwinięcia historii tej swojej zadziwiającej i niezwykłej wędrówki po Azji.
Zaczęła się długa pogawędka, w której milczący Rogocki powoli także zaczął brać udział. Z chwilą, kiedy zapomniał o prześladującej go jak opętanie myśli o księżnej Helenie, stał się po prostu innym człowiekiem. Wiedział wiele i sądził rozumnie; musiał niegdyś dużo czytać, patrzeć, podróżować. W barwne opowiadanie Turskiego wtrącał uwagi o sztuce japońskiej, o wschodnich ludach, religiach i obyczajach, świadczące o znawstwie i wytwornej inteligencji. Dla Turskiego nie było to niespodzianką, ale Butrym spojrzał nań kilkakrotnie ze zdumieniem; tak się powszechnie przyzwyczajono uważać dawnego i rozgłośnego adwokata za podupadłe, na wpół obłąkane indywiduum, że nikt w nim już nie podejrzewał innego człowieka.
Było już dobrze po północy, kiedy Butrym powstał, aby się pożegnać.