— Słyszysz?
Turski wzniósł głowę. Tuż za ich plecami znajdowało się cienkie drewniane przepierzenie, oddzielające od głównej sali zamknięte osobne gabinety, do których wprost z korytarza się wchodziło. Z jednego z nich zalatywał gwar żywej rozmowy, przerywany brzękiem szkła i strzałami korków szampańskich, potem zabrzmiała srebrzysta, wysoka kaskada śmiechu kobiecego.
Turski poznał ten głos, śmiała się księżna Helena.
Rogocki powstał.
— Daruj, muszę tam iść... na chwilę...
— Daj pokój, zostań... Albo raczej chodźmy już do domu.
— Nie, nie. Ona tam jest sama z tymi... Może mnie na co potrzebować...
Próżno go było zatrzymywać, oczy świeciły mu znowu gorączkowo i nieprzytomnie.
Na odchodnym rzucił jeszcze Turskiemu, zapomniawszy snadź o wziętych odeń banknotach:
— Zapłać za mnie... nie mam dziś przy sobie, ale zwrócę ci wkrótce...