Turski zadzwonił w szklankę i przywołał kelnera, aby załatwić rachunek. Z zamkniętego gabinetu brzmiał nieustannie coraz wyższymi gamami srebrzysty, kryształowy śmiech kobiecy...
IV
Turski nie był jeszcze ubrany, kiedy około południa przyniesiono mu bilet księcia z oznajmieniem, że gość czeka nań w czytelni.
Wyskoczył pospiesznie z łóżka, rad, że będzie mógł wymówić się rannym nieporządkiem od obowiązku przyjmowania księcia w tym samym pokoju, w którym niegdyś żonę jego przyjmował.
W czytelni stary pan czekał nań w trzcinowym fotelu z jakimś zeszłotygodniowym dziennikiem w ręce. Uścisnęli sobie krótko dłonie, oprócz nich nie było nikogo w dużej sali. Po wstępnych, zdawkowych grzecznościach i zapytaniach o zdrowie, rozmowa jakoś nie chciała się kleić. Turski nie mógł się oprzeć wrażeniu, że książę przyszedł doń z jakimś określonym zamiarem i czekał chwili, kiedy go wyjawi. Jakoż rzeczywiście po pewnym czasie, kiedy już właściwie nad miarę przeciągającą się wizytę skończyć należało, książę zwrócił się doń naraz z zapytaniem:
— Wszak pan będzie u mojej... u księżnej Heleny, chciałem powiedzieć.
Turski skinął głową.
— Raczyła mi pozwolić się odwiedzić.
— Tak, tak. Będzie panu rada. Niech pan tam zajdzie... — Urwał zmieszany, jakby szukając wyrazów dla wypowiedzenia dalszego ciągu swych myśli.
Wreszcie wzniósł znowu oczy. Turski zauważył w tych oczach, ogromnie zmęczonych i przygasłych, jakiś wyraz głębokiego bólu, którego by nigdy nie był przypuszczał51 u tego przedziwnie zasuszonego i z pozorów zimnego starca.