Książę tymczasem ciągnął dalej, z trudem widocznym słowa wymawiając:
— Pan wie, słyszał pan, że ja z moją żoną... to jest z księżną Heleną... rozstaliśmy się... Nie z jej winy, o, nie! Ale okazało się, że tak może będzie lepiej... Ona jest jeszcze młoda... Ale ja mam syna, panie!
Poczerwieniał nagle, o ile tylko jego pergaminowosina skóra zdolna była poczerwienieć. W oczach na Turskiego wzniesionych malowało się teraz coś jakby strach i błaganie zarazem.
— Mam syna... — powtórzył ciszej.
Turski spuścił oczy ku ziemi.
— Czy mogę księciu być w czym użytecznym?
— Tak, właśnie — podjął znów, żywiej. — Pan miał... wpływ duży na księżną, ma go pan jeszcze i dziś niewątpliwie... Ja jej nie mam nic do zarzucenia, wiem, że potrafi godność swą i moje nazwisko... szanować, ale... ludzie... młodych lat jej nie rozumieją i żywego usposobienia, gdy widzą, gdy patrzą na to wszystko... Jeśliby pan mógł słowo do niej przemówić...
Usiadł wyczerpany, twarz w dłoniach ukrywając.
— Je l’aime, je l’aime!52 — dodał głucho i skończył, jak gdyby spazmem zrywającego się w piersi płaczu.
Turski siedział w milczeniu, czując, że nic nie ma do odpowiedzenia.