Gdy po chwili książę powstał, aby się pożegnać, nie było już znać na nim przebytego wzruszenia. Rysy zastygły mu na nowo; około wąskich, sinych ust wieszał się zdawkowy, wytworny uśmiech grzeczności.
— Pan daruje, że pana trudziłem.
— Niech książę raczy wierzyć, że jeżeli tylko cokolwiek będzie w mojej mocy...
— Dobrze już, dobrze. Nie mówmy o tym. Ja panu wierzę. Zresztą i tak nie obiecuję sobie żyć nazbyt długo. Żegnam pana. A raczej do widzenia, bo wszak się jeszcze zobaczymy?
Wyszedł zgarbiony i Turski słyszał w korytarzu jego sztywny, wlokący się krok. Coraz duszniej, ciężej i głupiej mu było.
— Nie trzeba było wcale wracać — pomyślał.
Około piątej, nie odkładając, poszedł do księżnej. Mieszkała osobno na pierwszym piętrze w kilku pokojach dużego domu przy cichej, wytwornej ulicy, pełnej zielonych ogrodów przed domami. Gdy we drzwiach oddał bilet, lokaj skłonił mu się nisko.
— Księżna pani kazała jaśnie pana prosić natychmiast bez zameldowania do małego salonu.
Otworzył szeroko drzwi z przedpokoju.
Turski zdziwił się, skąd księżna domyślała się jego przyjścia, gdyż wizyty na ten dzień i godzinę nie zapowiadał. Wszedł do saloniku, będącego raczej przedziwnym, we wschodnim stylu urządzonym buduarem53. Szyby w oknach były z kolorowych szkieł w arabeski54 ułożone; na niskich, miękkich sofach leżały włochate, purpurą przeświecające bucharskie55 kobierce, ze środka stropu, obniżonego olbrzymią, w kształt namiotu rozpiętą makatą zwieszał się kuty świecznik miedziany. Nieco dusząca, ciężka woń wschodniego kadzidła unosiła się w ciepłem powietrzu.