— Niech tu przyjdzie Iwo — wydała polecenie jakiejś starszej, na odgłos dzwonka pojawiającej się lektorce czy damie do towarzystwa.

Za chwilę wszedł, ociągając się niechętnie, smukły, przystojny chłopak o dość pospolitym wyrazie twarzy. Spojrzał chłodno i wrogo na obcego i, nie skinąwszy mu nawet głową, zbliżył się wprost ku matce.

— Czy mama mnie na co potrzebowała?

— Przywitaj się z panem Turskim.

Niechętne zdumienie odbiło się na twarzy chłopca. Wyciągnął rękę i ze śmieszną wyniosłością podał końce palców Turskiemu, szybko następnie dłoń cofając.

Turski nie wiedział, co powiedzieć. Coraz bardziej zły był na księżną, że go stawia w przykrej a komicznej sytuacji. Dała mu wczoraj dość jasno do zrozumienia, że on jest ojcem jej syna i demonstruje mu teraz, nie czekając nawet stosowniejszej chwili, dziecko, które mu jest najzupełniej obce i obojętne. Jaki jest cel tego wszystkiego i o co chodzi właściwie? Czy chce go w ten sposób przykuć do triumfalnego wozu swojego na długim i luźnym a nierozerwalnym łańcuchu zobowiązania? Co jej na tym zależy?

Zawstydził się naraz tych myśli. Może jest niesprawiedliwy, może ona naprawdę spodziewała się sprawić mu przyjemność lub chciała według swego mniemania spełnić obowiązek, pokazując mu dziecko, w którym podobno jego własna krew płynęła... Zaczął to sobie uporczywie w myśli powtarzać w nadziei, że się w nim odezwie może tajemniczo w człowieku pono gdzieś istniejący „głos krwi”.

Nic z tego wszystkiego. Chłopiec nie podobał mu się i rad by był właściwie pozbyć się go jak najprędzej. Zresztą nic go z tym dzieckiem nie łączyło. Nie wiedział o jego urodzeniu, nie patrzał na malca, wyciągającego pulchne rączki do otoczenia, nie czuwał nad jego wzrostem i rozwojem, nie cieszył się jego pierwszym słowem, nie martwił się jakąś przemijającą chorobą, nie urabiał jego ducha, nie miał w przyszłości dać mu swego nazwiska; to było dziecko nie jego, jeśli nawet istotnie jego krew dała mu początek.

Iwo zaczynał się niecierpliwić długością nudnej wizyty, której celu nie rozumiał.

— Proszę mamy, czy ja mogę już odejść?