— Zapytaj pana Turskiego.

Urażony chłopak zrobił niechętny grymas i spojrzał nienawistnie w oczy Turskiemu.

— Proszę pana, ja już chcę iść. Zacząłem sobie okręt budować — rzekł twardo.

Turskiemu ten ton się spodobał. Ujął chłopca za ramiona i przyciągnął ku sobie. Iwo spojrzał szybko i podejrzliwie na jego ręce, jakby się chciał przekonać, czy są dość czyste, aby się zetknąć z jego białą bluzką marynarską i czekał wstrzemięźliwie, co to dalej będzie, jedynie w tył nieco głowę odchylając, aby nie przyszła przypadkiem obcemu człowiekowi ochota pocałować go, czego nie lubił.

Turski obejrzał go dokładnie od stóp do głów. Był smukły i jedynie do matki znacznie podobny, zarówno wytworną budową jak i rysami twarzy, jeno58 że w oczach jego, na czole i około szerokich ust był jakiś rys twardy, prawie że brutalny.

— Jak ci na imię? — zapytał bez myśli, boć przecie imię chłopca od matki już był słyszał.

— Pan nie wie? — zdziwił się malec i wyrecytował z powagą, jak lekcję wyuczoną: — Jestem Iwo Henryk Bonawentura książę Hazarapelian, ostatni potomek w XVI wieku do Polski przesiedlonej armeńskiej rodziny. A pan?

— Ja? ja Jestem po prostu Roman Turski.

— Pan Turski jest naszym przyjacielem — objaśniła matka. — Bywał u nas niegdyś bardzo często.

— To tak, jak pan Rohityn, a w przeszłym roku pan Golimski, którego lubię najbardziej ze wszystkich, gdyż umie chodzić po pokoju na rękach z nogami w górę. A czy pan to może także potrafi?